Pacjenci po udarze lub urazie mózgu często chętnie uczestniczą w rehabilitacji proponowanej w szpitalu, ale ich zapał do ćwiczeń gaśnie, gdy znajdą się w domu. Rehabilitacja szpitalna często jest intensywna i systematyczna, a to ułatwia wdrożenie się w ćwiczenia. Szybsze efekty, wynikające z intensywności ćwiczeń i stosunkowo krótkiego czasu od zachorowania, działają motywująco. Niemałe znaczenie ma też czynnik społeczny – wokół są inni ludzie, pacjenci, z którymi można się porównywać, których postępy można obserwować i spodziewać się takich samych u siebie.Jednak intensywna terapia szybko się kończy i pacjent wraca do domu. Tam najczęściej musi ćwiczyć z członkami rodziny, czasami do domu przychodzi rehabilitant, neuropsycholog, logopeda. Nie codziennie i nie na długo.
Wtedy często pojawia się pierwszy kryzys. Możliwe jest zniechęcenie, depresja, apatia. Lub przeciwnie – pobudzenie, drażliwość, agresja. Zdarzają się także myśli samobójcze.
- Po pierwsze – wybaczyć sobie, że rehabilitacji jest mało. Jest jej tyle, ile udaje się zdobyć, tyle ile przyznaje NFZ, lub na ile pozwalają finanse rodziny. Jeżeli nie da się tego zorganizować inaczej, to trzeba się z tym pogodzić. Nigdy nie jesteśmy w stanie stworzyć naszym bliskim idealnych warunków do zdrowienia.
- Po drugie – pogodzić się z tym, że samodzielne ćwiczenie z chorym prawdopodobnie nie będzie przyjmowane przez niego z entuzjazmem i wdzięcznością. Pacjenci nie lubią ćwiczyć z członkami rodziny. Nie lubią tego, że nagle małżonek, dzieci, rodzice wychodzą ze swych ról i zamieniają się nauczycieli, wtłaczając tym samym chorego w rolę ucznia i dziecka. To jest trudna sytuacja dla pacjenta, mocno godząca w jego poczucie własnej wartości. Poza tym działa tu kolejna zwykła, ludzka cecha – zazwyczaj ludzie bardziej starają się wobec obcych, bo wiedzą, że względem domowników nie muszą. Rodzinom moich podopiecznych tłumaczę, że to powszechne, że chorzy nie chcą z nimi ćwiczyć. Bliskim wydaje się, że tylko oni mają taki problem. Nie, to jest problem prawie wszystkich rodzin po udarze. Zawsze powtarzam, że gdyby było inaczej, zamiast prywatnej terapii wystarczyłby jedynie instruktaż dla rodziny i okresowe spotkania sprawdzające i modyfikujące terapię.
- Po trzecie – zgodzić się na to, że przyjdzie moment, kiedy terapia nie będzie miała dalszego sensu. Efekty przestaną być zauważalne lub nakłady sił i finansów będą znacznie przekraczały uzyskane rezultaty. Po pewnym czasie widać, że więcej już się nie osiągnie. Terapia dała jakieś rezultaty, przez czas jej trwania, a chory i jego rodzina mieli czas, by nauczyć się żyć z ograniczeniami jakie narzuca choroba. Przychodzi czas, by odważnie zadecydować o zakończeniu terapii. Odważnie, czyli znowu – bez obwiniania się, ale uważnie, patrząc na to, jak zmienia się funkcjonowanie pacjenta, gdy terapia się zakończy.
W poszukiwaniu sposobów aktywizacji pamiętajmy o jednym – zazwyczaj bardzo trudno jest nam przyjąć do wiadomości to, że czasami nasz bliski wcale nie potrzebuje wielu aktywności do szczęścia. Jest szczęśliwy, gdy jest zostawiony w swoim świecie, gdy może zająć się małymi rzeczami, godzinami skupiać uwagę na czymś, co go zainteresowało. Spotkałam ludzi szczęśliwych, że mogą siedzieć przed domem w ogródku i pielęgnować kwiaty używając zdrowej ręki. Widziałam też takich, dla których codziennym świętem jest to, że mogą zrobić coś małego – na przykład pójść do sklepu i kupić jedną rzecz, codziennie tę samą. Inni wolą spędzać dzień na rozmyślaniu, modlitwie, snuciu opowieści.
Jeżeli to im wystarcza, niech wystarczy i nam.

